Piotr Głowacki - Gdzie żyjemy, jacy jesteśmy... - 2010

Ten cykl obrazów Dariusza Pali utrzymany jest w rozpowszechnionej popularnej w nowym malarstwie stylistyce pop-banalizmu. U niego jako artysty mającego wypracowany już w długim doświadczeniu własny język form stylistyczno-artystycznych jest to chwilowy flirt, niejako przygoda i sprawdzian, ćwiczenie pojęte jako wyzwanie odpowiadające sposobowi funkcjonowania poruszanych tematów, ale też ma charakter często aktualnie stosowanego zapożyczenia. Doświadczenia życiowe i artystyczne oświetlane i filtrowane przez świadomą refleksję, które Dariusz Pala podejmuje i którymi się z nami dzieli dojrzały za sprawą emigracji, która miała charakter jak najbardziej zwykłego wyjazdu i pobytu w Miami na Florydzie. Sumuje się tutaj w jakiejś mierze jego wiedza o sobie jako Polaku, i co niemal oczywiste w naszych realiach, wychowywanego w katolicyzmie. Są te obrazy planem osobistej konfrontacji z polskością. Dochodzi na nim do rozliczeń mentalnych z ideą idealizowanej narodowości i krytyczne sprawdzanie oparcia dla niej. Bowiem przyjęto ją przez Polonię, o czym się przekonał za najgłębsze duchowe przeświadczenie. Kolejnym poziomem gromadzenia i przetwarzanie danych jest naturalna dla autora bliskość obszaru zjawisk historii sztuki, co miało bardzo konkretny zakres porównania nauki zaczerpniętej na studiach w krakowskiej akademii z obrazem świata szeroko pojętej praktyki malarsko-artystycznej w nowym świecie. Intelektualnie waży jednak wszechobecna w kręgach sztuki manifestacja popartowska, tu rodzajowo powiązana z ambalażem.

Ponieważ ten świat malarski Dariusza Pali jest binarny: biało czerwony lub czasem i z czasem czerwono-biały, narzucają się skojarzenia z obecnością flagi jako tematu w malarstwie amerykańskim. I jej funkcjonowanie niemal jako urzeczowionego godła w amerykańskim życiu codziennym, często sprowadzonego do waloru czysto dekoracyjnego. W tym przypadku pole skojarzeń dodatkowo ulega rozszerzeniu bo barwy naszej flagi tworzą także wzór szachownicy. A niesamowitości nadają całym ambalażowym kompozycjom z drewnianych skrzynek towarowych puste miejsca na uchwyty. Trudno nie rozumieć tego wykorzystania skrzynek jako uobecnienia totalnej pogoni za konsumpcją i tym samym signum temporis ery postkomunistycznej.

Jedynym obrazem zanurzonym pod każdym względem w tradycji i bez akcentów godła jest Madonna Rafaela, którą malarz pociągająco wizualnie przetransponował monochromatycznie w odcieniach szarości. To obraz towarzyszący mu w dziecinnym pokoju domu rodzinnego, któremu nadał w ten sposób halucynacyjno-wizyjną wymowę, wzmacnianą niepokojącym efektem owalnych dziur desek. Pewnym antytetycznym odniesieniem jest drugie zinterpretowane renesansowe dzieło - rysunek Leonarda. O ile Madonna stanowi wspomnienie lat dziecinnych i metaforę wprowadzenia w dziedziczoną - zwyczajowo czy może losowo – religię, jak i jednocześnie pośrednio i także mniej świadomie w sztukę. To świadoma z kolei niedokładność wpisanej w koło i kwadrat postaci w rysunku Leonarda, jest już orientowaniem w obszar kulturowy i posiada obchodzące nas tu elementy tożsamości narodowej, co zaznaczone i zasugerowane jest śladowymi ilościami bieli-czerwieni. Szczególnie, że autor wyjaśnia, iż właśnie te niepokrywające się z archetypicznym kulturowym wzorem niedociągnięcia są wyrazem naszej niezgodności z jakimś przez nas żywionym ideałem nas samych.

Impet polskości odciska swe piętno na zwierzętach jak pies i koń. Pies symbol wierności, a koń w potocznym sloganie jaki jest każdy widzi. Jednak koń to w stu procentach jak żubr (a z ptaków bocian – ma akcenty biało-czerwone!) polskie zwierzę, którego odkrywcą był podobno Polak Przewalski a przynajmniej jednej z ras. Jego najpiękniejsze sztuki w tzw. rasie arabskiej hodujemy w Polsce i jest to najbardziej markowy nasz towar eksportowy, oczywiście poza kulturą. Która przynajmniej w malarstwie konie hołubi, by na szybko ad hoc i z głowy wymienić: Kossacy, Stykowie, Wierusz-Kowalski, Michałowski, Chełmoński...I jako najbardziej popularny motyw ikonograficzny [nie licząc oczywiście religijnych] zbłądził pod strzechy często w przerażających swobodą wykonania artefaktach.

Co oczywiste, nasza swojskość zawłaszcza również obszar kultury narodowej, kształtując wizerunki wybitnych tzw. wielkich Polaków, których los na ojczystej ziemi nie oznaczał idylli, a z kolei los ojczyzny zmuszał ich niejednokrotnie do rozstania się z nią. Zdaniem malarza mamy nawet biało-czerwone mózgi, dlatego podobnie musiało być z przywołanymi malarsko: Hłasko, Gombrowiczem i Chopinem [pamiętajmy, że rok 2010 jest jego rokiem].

Na owych przekornie meta-artystycznych, niczym tablice i plakaty informacyjne, planszach poglądowych zabrakło innych myślicieli dekonstruujących polski topos i jednocześnie w nim pogrążonych: Witkacego, Dygata, Mrożka. Z powodzeniem mógłby się znaleźć na nich Fredro...Oni wszyscy na różne sposoby od patosu po szyderczą ironię oddawali genre polskości. Która też często była dla nich zaprzeczeniem lub brakiem szeroko pojętej normalności. Jest natomiast przedstawienie Kopernika. Zgodnie z jego własną niepohamowaną naukową rewolucyjnością, jako jedyny, ma odwrócone tło zatem czerwono-białe. A takie odwrócenie barw urasta do symbolu strasznego i prawdziwego polskiego niefrasobliwego bałaganu...

Trudno w tej chwili objąć niezliczony szereg synów naszej pięknej ziemi zajętych na wszelkich możliwych piętrach kultury myśli i słowa, ale i obrazu, jej definiowaniem, reformowaniem, pouczaniem, napominaniem, przywracaniem jej prestiżu i wolności: Rej, Frycz-Modrzewski, Norwid, mój ulubiony Mickiewicz, Matejko...

Autor daje ujście burzy i naporu tak typowych dla Polski spraw symbolicznych; ustawicznej celebracji dokonującej się jakby poza realnymi zmianami i takim czasem. Mierzy się z tą naszą ciągle wyjątkową sytuacją. Demitologizacja naszych symboli, ich nawet unormalnienie i niejako oswojenie do końca, ma charakter propozycji bardziej lekkiego, lajtowego, obchodzenia naszego głównego narodowego święta 11 Listopada.

Dariusz Pala dał już wyraz swojemu przywiązania do Tego Kraju ponieważ powrócił. Teraz czyni to w sposób zabawny i poprzez grę. Osobiście też nie chcę tylko i wyłącznie sztywnych i zdepersonalizowanych koturnowo-akademijno-pochodowych obchodów świąt państwowo-narodowych. Chcę Polski szczęśliwej. To może oznaczać podważanie nacjonalistycznych przekonań, a potrzebę i świadomość szerszych interpersonalnych wyobrażeń i wspólnoty.

Wszystko aranżuje artysta w takt narodowo-towarzysko-biesiadnych Stu lat z jakże nieodzownym miejscem na toast, chyba jak w Weselu...