Katarzyna Rzechak - Pala Adieu - 1998

Czy ostatnie obrazy Darka Pali zasługują na szczególną uwagę? A może wystawa Pala adieu jest kurtuazyjnym gestem pożegnalnym galerii wobec zaprzyjaźnionego artysty, który wyjeżdża za ocean?

Każdy kto widział choćby dwa jego dawne obrazy, po obejrzeniu ostatnich prac zrozumie, że nie chodzi tu o wymianę ukłonów. Chodzi o to, że mamy nowego Palę. Niby obrazy nadal rozgrywają się w znanej nam baśniowej rzeczywistości, w podobnych egzotycznych sceneriach. Bohaterowie też podobni: patyczkowate dziewczyny uczesane w kok i sztywni faceci z baczkami. Nie ma perspektywy, iluzji trzeciego wymiaru bo wszystko podporządkowane jest fantastycznie żywym kolorom. Tu kończą się podobieństwa i zaczyna się nieznane. Widać to w siedmiu przepięknych miniaturach portretowych malowanych w formacie 13/18 cm. Pala przestał tkać obrazy dekoracją, pętlić na nich te wszystkie spirale, trójkąty, zygzaki. Zrezygnował z paplaniny i dekoracyjnego zamieszania. Rolę dekoracji pełni teraz faktura grubo kładzionej farby. Efekt jest niemal jubilerski. Farba przestaje być plamą, staje się reliefem, tak wypukłym, że ma się ochotę czytać te obrazki palcami. Zmysłowość powierzchni podkreśla połysk, momentami niewiarygodnie świeży, jakby artysta dopiero co odłożył pędzel. Twarze też inne niż dotychczas. Skończył się komiks, w którym grają wciąż ci sami, ulubieni bohaterowie. Miniatury to portrety osób, dalej sumaryczne, ale już swoiste i niepodobne do innych. Twarze, które raz zobaczone, zostają w pamięci.

Skupienie widoczne w miniaturach udało się artyście przenieść na wielkoformatowe martwe natury. W nich także porzucił dekoracyjny mętlik. Zamiast tego pieści powierzchnię obrazu zmieniając natężenie koloru, gęstość farby. Ilość przedmiotów jest ograniczona. Dzbanek, wyprężone na baczność banany, filiżanki, ekspres do kawy. Jak na Palę skromniutko. Wszystko rekompensuje nowa tkanka malarska, która nie pozwala na odczucie pustki. „Czerwony dzbanek” czy niemal abstrakcyjne „Trzy żółte dzbanki” to prawdziwe koncerty jednego koloru. Praojcowie koloryści z krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych byliby dumni z tak „czysto dźwięczącej barwy”. Czyżby Pala na tropie czystego malarstwa? Bez ulubionej anegdoty, komiksowych sytuacji i wymyślnych tytułów? Właśnie. Nowe obrazy Pali nie mają tytułów. Część jego wielbicieli na pewno się zmartwi. Inni zrozumieją, że tytuł to literatura, która nie zawsze służy malarstwu. Rzecz nazwana jest tym i niczym więcej. Jednoznaczność obezwładnia. A Pala jest przecież mistrzem interpretacji. Widać to nie tylko w tym jak zaczął malować, ale także w tym co przedstawiają jego obrazy. Ostatnio artysta „zanurzył się” w wodzie. Na jego płótnach pojawili się pływacy, ryby, plażowicze na ręcznikach, kąpiący się. Słowem malarski waterland. I nie są to, jak dotychczas, sytuacje tylko pojedyncze motywy. To kolejny dowód na to, że Pala coraz niżej pochyla się nad światem, koncentrując się na jego małym wycinku. Pars pro toto, część za całość, jest nowym w jego malarstwie sposobem obrazowania. Pływacy są pretekstem do wnikliwych studiów różnych widoków głowy. En face, profile, półprofile w cieniutkich okularkach i obcisłych czepkach odcina od reszty ciała wibrująca tafla wody. Uwaga skupia się tylko na jednym elemencie, który musi nas przekonać do istnienia reszty.

Pala coraz więcej wymaga od miłośników swojego malarstwa. Zabrał im rozigraną dekoracyjność, anegdotę, tytuły, które pomagały czytać obraz. W końcu kazał zgiąć kark i patrzeć na świat z perspektywy ciekawskiego trzylatka. I chociaż wiele zaryzykował, wszyscy są nadal z nim. Poddają się tym eksperymentom z ochotą i ufnością. Dzieje się tak dlatego, że Pala wciąż maluje bardzo piękne obrazy. Jest w nich ta sama temperatura, to samo radosne promieniowanie i szczerość. Stały się natomiast dojrzalsze i bardziej skupione. Dlatego jestem spokojna o przyszłość Pali za oceanem. Gdziekolwiek się wybierze, zawsze będą tacy, którzy zechcą cieszyć się jego obrazami.